Jamaica’19 – KobzyStory

INTRO
To był dzień jakich wiele, za oknem królowała późna jesień, a w sercu już było czuć nadchodzącą zimę. Gdyby nie to, że nie dawno miałem urodziny to prawdopodobnie popadłbym w depresję głęboką jak niedźwiedzi sen. Ni stąd, ni zowąd na ekranie pojawia się wiadomość „mam dość tej pogody, nie masz przypadkiem ochoty lecieć na Jamajkę?” OOO TAK! To było lekarstwo na wszystko! Założenie było proste, szukamy taniego lotu, lecimy na miejsce i ogarniamy na bieżąco z nastawieniem na maksimum wrażeń i minimum kosztów. Na okazję nie trzeba było długo czekać bo zaledwie 2 miesiące, szybki rekonesans wiedzy internetowej, parę pytań do znajomych, packing i WIO! na samolot. O tym co się robi podczas lotu, który trwa kilkanaście godzin opowiadać nikomu nie muszę zwłaszcza gdy przypadkiem na pokładzie jest przypadkowo spotkana grupa bliższych lub dalszych znajomych ale gdyby nie jaskinia skarbów jaką jest strefa bezcłowa NAAAA BANK lot trwałby dłużej.

Zapraszam również do sprawdzenia krótkiej video relacji z naszej podróży:
https://youtu.be/Vshblq6Z1n4

PIERWSZE WRAŻENIE
Nie ma to jak krótkie spodnie!
Wszędzie pachnie, wszyscy się kręcą i szukają swoich ludzi, typowy lotniskowy egzotyczny chaos. Zmieszany lekko długą podróżą żegnam się ze znajomymi i wsiadamy do auta ziomeczka, który przyjechał po nas na lotnisko by wywieźć nas do dżungli, dosłownie. Po drodze pierwszy przystanek, wjeżdża pierwsze lokalne piwko czyli Red Stripe, pierwszy papierosek na ławce, pierwsze reggae dźwięki, pierwszy przebłysk świadomości o tym jak daleko się jest, a wszystko to otoczeniu straganów, bud, chałupek, barów i szop w których w Polsce nikt by nawet nie usiadł, a w których tętniło wieczorne życie lokalsów. Szama zdobyta, spakowana na wynos pachnie jak marzenie oblane czekoladą i miodem. Szybka, dosłownie szybka podróż lewym pasem po wąskich, krętych ścieżkach przebytych ze znaczną prędkością w akompaniamencie miliona klaksonów i lądujemy u naszego przyjaciela na chacie. UWAGA! Nocleg oczywiście załatwiony oficjalnie przez bloking, ale z racji na to że byliśmy jedynymi gośćmi, zamiast spać w części dla gości spaliśmy w domu właściciela na mega przyjemnych warunkach. Pierwszy posiłek tu, czyli jakaś lokalna ryba, która rano jeszcze myślała o tym które glony skubać, a która teraz komponowała kulinarną eksplozję doznań. Nie byłbym sobą gdybyśmy oczywiście nie poczęstowali naszego gospodarza polskim przysmakiem, Żubróweczka zrobiła swoją robotę, natura w butelce, natura w papierku a w koło dżungla z której słychać bardzo wyraźnie muzykę. WTF!? Okazuje się, że mieszkańcy wioski nie opodal zorganizowali spontaniczną imprezę w środku tygodnia, śmiechy, śpiewy i tańce i nasza ogromna chęć pójścia tam która w połączeniu z wodospadem wrażeń zmieniła się w autopilota do łóżka. Oficjalne PIERWSZE WRAŻENIE, to moment w którym wychodzę z domku na ogród i O MÓJ BOŻE JAK TU PIĘKNIE. Czego w nocy nie widać nie było, poranne słońce namalowało jaskrawymi odcieniami zieleni.

REBEL SALUTE I OCHO RIOS
Los tak chciał, że nasz gospodarz akurat jechał w tym samym kierunku. Jedzenie w szopie przy drodze, pierwsze prawdziwe Jamajskie śniadanie czyli ACKEE & SALT FISH (gorąco polecam w każdej formie!) tak pyszne, że zamiast zrobić zdjęcie dla potomnych – zrobiłem tornado na talerzu.

ACKEE & SALT FISH fot. Milena

Ciekawostka: KRZYSZTOF KOLUMB
Całe życie, w każdej szkole uczony byłem, że wielki zdobywca Kolumb odkrywca nowych światów, bohater, podróżnik etc. Tymczasem na tej wyspie można zobaczyć miejsce w którym wylądował i usłyszeć drugą stronę tej samej historii – czyli opowieść o człowieku, który przybył, wyciął w pień dwa plemiona Indian (tak, tak – na Jamajce mieszkali Indianie, zostali oni „zastąpieni” mieszkańcami Afryki. Wyspa służyła jako baza przerzutowa dla niewolników którzy docelowo mieli znaleźć się na kontynencie). Nie ma to jak solidny łyk dystansu na ostudzenie rozgrzanych do czerwoności podróżą emocji.

Wyrzuceni blisko centrum, wyruszyliśmy na pierwszą prawdziwą misję „OGAR QUEST”:
1. Znaleźć znajomego który pomógł nam ogarnąć kolejny nocleg
2. Zakupić lokalny numer telefonu
3. Dokonać zakupu ułatwiającego proces ewentualnego czekania

Wbrew temu co można wyczytać w Internecie, wcale nie było tak, że każdy z napotkanych przyjaznych tubylców chciał nas okraść, wręcz przeciwnie. Każdy z uśmiechem chciał pomóc, w taki lub inny sposób i tak np. kartę do telefonu kupiliśmy dzięki pomocy jednego Pana, który zostawił swoje malownicze stoisko na rogu ulicy bez nadzoru i poszedł z nami na długi spacer pokazując gdzie możemy kupić kartę – dla nas sytuacja absurdalna, ale tam faktycznie nie jest to możliwe w pierwszym lepszym kiosku. Mając na sobie ważący nie mało plecak, taki akt życzliwości nakręca pozytywne myślenie jak mało co.

Dzięki nowo zdobytej umiejętności komunikacji, zdobyliśmy współrzędne naszych znajomych którzy czekali po drugiej stronie sporego bazaru. Mając jeszcze w głowie różne informacje o tym jak to tu jest źle i nie bezpiecznie, zaciągnęliśmy paski, sznurki na supeł, a zamki na kłódki, tętno przyspiesza, adrenalina łupie sercem jak flaga na wietrze, ostatni wdech i wchodzimy. Kilka kroków w głąb i już wiedzieliśmy, że totalnie nie było czym się przejmować. W najgorszym wypadku wzbudziliśmy zdziwienie, gdyż jak się można domyślać, białych ludzi na Jamajce jest dużo ale raczej siedzą w zamkniętych strefach z dala od życia codziennego więc stanowiliśmy pewnego rodzaju atrakcję przez kilka minut po czym już byliśmy tylko częścią krajobrazu.

Ciekawostka: DREADY
U nas: fryzura – coś co się robi w ramach mody, zachcianki, przegranego Lub wygranego zakładu albo po prostu bo lubi się muzykę reggae. Tam jest to coś więcej niż fragment kultury. Więc jeśli masz i jedziesz na Jamajkę – musisz liczyć się z tym, że ktoś cię zaczepi na ulicy okazując zainteresowanie, szacunek lub testując to czy jesteś prawdziwym RASTA albo chociaż kimś kto wie coś na temat tej kultury. Co by nie było, zignorowanie takiej osoby może być odebrane jako osobista zniewaga i burzliwa wiązanka niecenzuralnych komplementów to prawdopodobnie minimum tego co się może przytrafić. Doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy to zagubiony z nosem w mapie nawigowałem przez milion ścieżek między straganami i ktoś w tłumie pozdrowił mnie charakterystycznym „Yo! Rasta!” i nim do mnie dotarło co, kto jak i po co, już słyszałem co myślą na temat mój i mojej ignorancji.

Przygoda, przygodą ale mimo wszystko fajnie jest mieć znajomych w różnych miejscach. Dzięki uprzejmości jednego z nich udało nam się ogarnąć nocleg u jednego z jego przyjaciół (jedną z niezliczonych magicznych wątków na tej wyspie jest to, że każdy ma tu kogoś kto ma kogoś kto zna kogoś kto akurat jest w stanie ci pomóc. O czym jeszcze nie raz przeczytacie dalej, jeśli dotrwacie :P). Dzięki tej unikatowej okazji mogliśmy zobaczyć jak żyją mieszkańcy nie tylko spacerując uliczkami miast i miasteczek. Jest dokładnie tak słyszeliśmy, zabudowa od zewnątrz może nie wyglądać atrakcyjnie dla przybysza z europy za to w środku, niezależnie od warunków panujących na zewnątrz, jest czysto, schludnie i przyjemnie i bardzo gościnnie.

Tych kilka dni w Ocho, to był idealny, faktyczny początek podróży. Jak na tak małe miasteczko, miejsc do zwiedzania i historii do poznania jest tyle, że i pół roku na miejscu byłoby mało. Jak to mawiają: „dla każdego, coś fajnego”. Sam nie wiem od czego zacząć i w jakiej kolejności to opisywać.

TAXI POWER!
Tak banalna i prozaiczna rzecz jak podróż taksówką z punktu A do B jest tu czymś wyjątkowym, bo taksówka taksówce nie równa. Są Routy które kursują na jednej trasie zbierając tyle ludzi ile wejdzie do auta (nawet 9 osób w 5 osobowym samochodzie, nie licząc kierowcy), a których koszt podróży niezależnie od dystansu jest stały liczony od osoby nie od kursu (np. 100 J$ czyli około 3zł/os). Tego typu taksówek jest bardzo dużo i jeżdżą czasami z kilkunastosekundowymi przerwami więc przemieszczanie się nie jest problem. Warto jednak pamiętać że oficjalne taksówki mają czerwony kolor tablic rejestracyjnych, oraz by mimo wszystko spytać o cenę przed rozpoczęciem podróży. Innym rodzajem taksówki jest charter, który jest odpowiednikiem naszych taksówek – przyjeżdża pod wybrany adres i zawozi gdzie chcemy – tu już ceny mogą być różne, ale sam samochód też jest na większym wypasie i mamy gwarancję tego, że nie pojedziemy w ścisku.


Same zakupy na lokalnym bazarze są już pewnego rodzaju przygodą, w której na 1 lewelu robi się je raczej w stoiskach zewnętrznych, a już po kilku spacerach zdobywa się lewel master i zapędza w regiony w które udają się tylko mieszkańcy, a w których można np zdobyć te same owoce co przy wejściu ale za o wiele lepszą cenę. Jednocześnie pamiętając żeby nie robić zdjęć na prawo i lewo gdyż mieszkańcy Jamajki cenią sobie swoją prywatność.
Wielbicielom kontrolowanej adrenaliny oraz pięknych widoków gorąco polecam „Dunn’s River Falls”. Miejsce w którym można wejść po wodospadzie na szczyt, pływać w morzu, relaksować się w naturalnych basenach rzecznych, opalać na plaży i dużo dużo więcej za stosunkowo nie dużą opłatą. Oczywiście są to nie jedyne wodospady w okolicy, na obrzeżach miasta są o wiele mniejsze, ale równie przyjemne wodospadziki przy których można chillować obserwując wpływające za dnia do zatoki statki, a w nocy medytować do szumu spadającej wody podziwiając mnogość gwiazd na niebie.

Miejsce w którym, jak się okazało, nieopodal była nakręcona jedna ze scen do kultowego filmu „The Rockers”.

Poranna kąpiele w krystalicznie czystej wodzie prosto z rzeki, a raz nawet w samej rzece do której trzeba było dostać się pokonując niewielki fragment dżungli. Niby błahostka, niby coś nic nieznaczącego, a jednocześnie coś, co w tych okolicznościach ryje się w pamięci jaskrawymi kolorami.
Wieczorne debaty na dachu z naszym gospodarzem i jego przyjaciółmi na wszelkie możliwe tematy, wzajemne poznawanie swoich kultur, przygód i historii… coś niesamowitego.


Wisienką na tym torcie wspaniałości jest „Rebel Salute” czyli największy na Jamajce festiwal muzyki reggae. Ludzie zjeżdżają się tu z całej wyspy i nie tylko, by posłuchać największych na świecie gwiazd muzyki Reggae. Tu nawet zespół zaczynający wydarzenie wczesnym popołudniem już jest kimś wielkim, a ci którzy festiwal zamykają o godzinie 09:00- 10:00 rano (tak jest! To nie pomyłka, dzień festiwalowy trwa od godziny 16:00 do godziny 10:00 a nawet dłużej!) to największe i najgrubsze ryby w oceanie. Gdy u nas żegna się publiczność słowami „do widzenia! Bezpiecznej nocy!” tam mówi się: „Dzień Dobry! Życzymy wam udanego dnia!”. Oczywiście, jak to bywa na festiwalach jest też mnóstwo różnego rodzaju stoisk z jedzeniem, napojami, grami, pamiątkami i od pewnego czasu również z Ganja. Wszystko ITAL, czyli 0 chemii, 100% natury. Tylko najlepsi hodowcy, tylko najlepsze smakołyki. Kokosy, trzcina cukrowa i woda dla spragnionych, mnogość potraw, smaków i owoców dla głodnych i totalne 0 alkoholu. Coś nie do pomyślenia dla nas, tam jest totalnie czymś normalnym. Normalne jest również to, że uczestnicy festiwalu zabierają na koncerty krzesła. W pierwszej chwili sytuacja szokująca i nie do zaakceptowania, okazała się być wręcz genialnym pomysłem. Wiadomo, są występny takich artystów, że noga sama rwie się do tańca ale dla nich to co więcej niż tylko wyjście na koncert. Dla wielu Jamajczyków koncerty tych artystów to przeżycie duchowe. Siedzą, podziwiają, słuchają i kontemplują. Albo śpią na tych samych krzesłach w trakcie mało interesujących ich występów. W końcu Jamajka to kraj ludzi wolnych, a to oznacza, że każdy tu wyraża siebie w 100%.


Bilet VIP czy Normalny? Cena robi różnicę, no bo prawie 100% różnicy na dzień. Hmm… Raz się żyje! Postanowiliśmy zbadać obie te opcje. Pierwszego dnia VIP który zapewniał nam dostęp do dodatkowej strefy przy scenie w której można było odpocząć, posiedzieć a przede wszystkim oglądać koncerty z bliska, a która wydała nam się świetnym tematem w razie gdyby ktoś miał mniej pokojowe zamiary (co oczywiście było niczym innym jak dmuchaniem na zimne). Drugiego dnia już nie mieliśmy wątpliwości. Bilet NORMALNY całkowicie wystarczył. Po za strefą VIP dalej był dostęp do wszystkich atrakcji, miejsc, gastro i plaży. OCH CO ZA PLAŻA! A JAKI KSIĘŻYC! DANG!! Może przemawia przeze mnie moc lokalnych smakołyków ale gdy w tle gra słodkie reggae to widok na morze w którym odbija się księżyc w pełni wielki jak mój apetyt… MAGIA!

KINGSTON
Po kilku fantastycznych dniach w OCHI trzeba było ruszyć zadek, a gdy się jest szczęśliwym gdzieś to naprawdę nie jest łatwe. Ale nie ma co stać w miejscu, spakowani ruszyliśmy do stolicy.
Sposobów na przedostanie się z Ocho Rios do stolicy jest kilka: taksówką, samochodem, busikiem i autobusem. Mimo licznych, bardzo głośnych ofert, na dworcu udało nam się po dłuższej chwili kombinacji załapać taksówkę która zabrała nas za uczciwą cenę. Jak mam być szczery to sam moment lądowania w stolicy był dla mnie dość dużym szokiem, na tyle intensywnym, że nie do końca go pamiętam. Po kilku dniach spędzonych w cichym i spokojnym miasteczku w którym 1 dzień był jak 1 tydzień, pojawiłem się w środku ogromnego, tętniącego życiem, dźwiękami i zapachami miasta w którym każdy miał mi coś do zaoferowania. Przez chwilę czułem się totalnie zagubiony, a jednocześnie wszystko pracowało na najwyższych obrotach. Wyraźne kolory i rozmazane obrazy, abstrakcyjny obraz namalowany przez życie. Los tak chciał, że i w tym wielkim, nieznanym nam całkowicie mieście, znalazła się jedna dobra duszyczka z Polski, która akurat tam studiuje i pracuje i z przyjemnością pomogła nam z organizacją noclegu w Mango Yard Hostel. Lokacja idealna, do centrum piechotką na relaksie 20 min, taksówką 3min, w okolicy sklepy duże i małe, a jednocześnie sama lokalizacja na tyle na uboczu, że nie słychać nigdy nie zatrzymującego się prawie ruchu aut i nieustannego trąbienia dzięki czemu można spędzić cały dzień na leżaczku w cieniu mango, albo poleżeć w słonku na dachu i dać sobie jakże zasłużone po takiej podróży 5 minut relaksu.

NOCNE MARKI
Jak się można domyślić, w tak dużym mieście jak Kingston, życie toczy się jednym tempem w dzień, innym w nocy. To moja pierwsza wizyta w tym mieście i choć wiem, że nie ostatnia, to chciałem doświadczyć jednego i drugiego w maksymalnym tego słowa znaczeniu. Każde duże miasto imprezuje, nawet małe imprezują, ale tak jak się to odbywa tutaj to chyba już nigdzie indziej. 7 nocy w tygodniu to 7 okazji do organizowania różnego rodzaju imprez. W ciągu jednej nocy odbywa się jedno po drugim kilka wydarzeń. Każde inne, każde wyjątkowe i każdy musi być na każdym. W praktyce wygląda to tak, że wjeżdża się na jedną imprezę, bawi 2-3 godziny. Imprezka się powoli kończy, wszyscy w tym czasie wskakują w transport i jadą na kolejną lokację gdzie już zaczyna się kolejna i tak kilka razy w ciągu nocy, co noc, a rano wielu z nich i tak idzie do pracy. Niesamowite wręcz tempo jak na kraj w którym „Take it easy” to jedna ze składowych DNA. Większość imprez na których mieliśmy okazję zagościć to imprezy Dancehallowe, mnóstwo nowej i świeżej muzyki ale również klasyków sprytnie poprzeplatanych ze sobą w niepowtarzalnym stylu oraz mnóstwo tancerzy i tancerek. Jest tak, że jak u nas na imprezach pojawiają się ludzie którzy coś potrafią i zaczynają tańczyć to się często mówi, że się popisują. Tam, im więcej potrafisz, tym bardziej na Ciebie wszyscy patrzą, im lepiej tańczysz tym więcej zdjęć i kamer zwraca na Ciebie uwagę, a im więcej atencji, tym większy szacunek, a im większy szacunek tym większa szansa na to że ludzie podchwycą twój nowy krok, albo zaproszą cię do teledysku. Sława zapisana jest między krokami trzeba je tylko wytańczyć, a w miejscu w którym każdy chce być najlepszy, bo każdy wierzy w swoje skillsy, to co można zobaczyć na parkiecie potrafi zatrzymać akcję serca i przyspieszyć oddech jednocześnie. Przykładowo, świeżo co otworzyłem sobie buteleczkę lokalnego rumiku zakupionego w barze (Tak Jest! Drodzy koneserzy lokalnych trunków, um się kupuje na butelki nie na drinki 😀 i ma cudowny smak, dużą moc i niską cenę) nagle narodek parkietu wdziera się z rykiem silnika motor! z tancerkami zawieszonymi na kierowcy który służył jednocześnie za przedłużenie parkietu, akrobacje, taniec, aplauz, 30 sekund które sprawiło, że zapomniałem o tym że żyjemy w świecie w którym wystarczy wyciągnąć telefon, wszystko nakręcić i wrzucić do Internetu tylko zamiast tego stałem ze szczęką do ziemi i podziwiałem to wszystko i gdy już myślałem, że lepiej być nie może – inna ekipa zaczęła tworzyć zupełnie inne show przyćmiewając poprzednie wydarzenie i zdobywając jeszcze większą publikę. Prawdziwy spontan, czysta energia, max umiejętności – AAAAAAAAAAAAWSOME!! Niezależnie od czy się jest fanem tej muzyki czy nie, być w Kingston i nie przeżyć tego na żywo choćby raz, to głupota taka jak kupienie sobie lodów z bitą śmietaną i owocami tylko po to by je postawić na słońcu i zjeść kamienia. Imprezy oczywiście są nie tylko Dancehallowe, są również DUB’owe oraz Reggae’owe. Na tych z kolei już nie ma szaleństwa, popisów i akrobacji – relaks, dźwięki i uśmiechy stanowią idealny melanżowy kontrast. Jednym z najpiękniej zlokalizowanych klubów w Kingston to DUB CLUB. Usytuowany na prawie samym szczycie góry lokal, z widokiem na panoramę miasta które w nocy zamienia się w obraz tańczącego światła gwarantuje doznania duchowe nawet największym twardzielom. Nie trzeba być audiofilem żeby docenić doskonale zestrojony system nagłośnieniowy. Ogromna ściana głośników na pierwszy rzut oka sugeruje, że jedyne co będzie słychać to bas, a każda rozmowa zamieni się w krzyczenie jak to niestety odbywa się w wielu naszych klubach. Tymczasem wszystko poustawiane jest tak, że mimo ogromnego poziomu dźwięku, stojąc przy głośniku można rozmawiać bez wysiłku słysząc każdy nawet najbardziej wysunięty na ostatni plan dźwięk w utworach. Piosenki, które znałem, poznałem na nowo, a tych których nie znałem otworzyły mi zupełnie nowy rozdział w słuchaniu muzyki. Żeby tego było mało, tym wszystkim doznaniom towarzyszyło zaćmienie księżyca, które oglądane z góry nad rozświetlonym niczym morze gwiazd miastem sprawiło, że czułem się jak śnie z którego nie chce się obudzić.

DZIEŃ, JAK NIE CO DZIEŃ
Odpięci od domowej rzeczywistości pełnej pracy i obowiązków, jak to bywa na wakacjach mieliśmy mnóstwo wolnego czasu i ogromne pełne egzotycznych miejsc miasto do zdobycia. Jak to mawiają, koniec języka za przewodnika! Niby wiedzieliśmy co chcemy zrobić ale polegać tylko na tym co się wyczyta w Internecie i nie skorzystać z wiedzy poznanych na miejscu ludzi byłoby szaleństwem. Na całe szczęście Mango Yard Hostel to coś więcej niż tylko miejsce w którym można się przenocować, załoga na miejscu z wielkim uśmiechem ,radością i pasją opowiedziała nam o wszystkich miejscóweczkach w które chcieliśmy dotrzeć, a następnie pokazała lokację w która mogła być inspiracją do stworzenia słowa „WOW”.

Dzień, przygoda, sen, noc, Melo, sen, dzień i tak w koło przez kilka dni spędzonych w stolicy skutecznie zaburzyło moje odczucie czasoprzestrzeni, dlatego mimo ogromnej ilości wydarzeń, odwiedzonych miejsc i poznanych ludzi ograniczę się do 4 historii które wyryły się w moim sercu jak przykazania na kamieniu. (Ich kolejność może się zgadzać z rzeczywistością ale ręki za to uciąć bym sobie nie dał 😉

LIME KEY QUEST!
Biorąc pod uwagę fakt, że dojście do sklepu w centrum jest już pewnego rodzaju przygodą i to nie dlatego że byliśmy jedynymi białymi w zasięgu wzroku w całkowicie obcym nam mieście, ale dlatego że tam chodzenie na długie dystanse jest uważane przez niektórych za uprawianie sportu to przedostanie się na wyspę, która znajduje się po drugiej stronie miasta urosło do rangi misji. Centralnie gdy dziewczyny pisały nam na kartce, krok po kroku jak się poruszać po mieście (tramwaj, autobus, metro i znowu?) czułem jak bohater pirackiej opowieści fantasy, który zostaje wysłany przez królową na długa podróż by odbić księżniczkę z rąk pijanego smoka mieszkającego pod wodospadem za bagnami w lesie dzikich traw. Uzbrojeni w mapę i coś na drogę, dzielna drużyna składająca się z jednego chłopa i dwóch frelek wyruszyła ku nieznanemu, nooo poniekąd, bo jak trafić do centrum już wiedzieliśmy więc wszystko wydawało się proste a mapa zdawała się być zbędna. Szybko okazało się, że byłem w błędzie, po dotarciu w znajome już nam tereny zrozumiałem, że to co uważałem za takie typowe centrum miasta było tylko centrum jednej z dzielnic i z tego miejsca trzeba było przedostać się do o wiele większego centrum przesiadkowego w innej dzielnicy. Tu, w chaosie straganów, ludzi pędzących do i z pracy odnaleźliśmy port autobusów miejskich, po szybkiej rozmowie z kilkoma bardzo pomocnymi pracownikami dworca (chyba) udało nam się zlokalizować odpowiedni autobus. Sama podróż autobusem, jak to u nas – nic ciekawego. Ładne widoczki, brzydkie widoczki grunt że widoczki :). Po dojechaniu na ostatni przystanek wyruszyliśmy na poszukiwanie Kapitana który zabierze nas do celu. Kolejny raz okazało się, że każdy zna tu każdego. Nie znaleźliśmy tego kogo szukaliśmy ale znaleźliśmy albo raczej nas znalazła Pani, która wiedziała o kogo chodzi, że prędko go nie znajdziemy i w 30 sekund ogarnęła nam zastępstwo i mogliśmy ruszać dalej. Nie wiele wiem o tym jak się poruszać łajbą po jeziorze, a co dopiero po pełnym różnej wielkości fal morzu ale ze 100% pewnością mogłem stwierdzić, że ja się może i poczułem jak pirat na misji, ale to lokalsi mają krew piratów we krwi. Czytają z fal jak my z kartki zadrukowanej wielkimi literami. Odrobina kontrolowanej adrenaliny, kilka widoczków i uśmiechów i byliśmy na miejscu. Malutka wyspa, obejście jej do okołoa to naprawdę może pól godzinny spacerek? Ale piękna plaża, kawałek dżungli na wyłączność, czysta woda i mnogość życia sprawiło, że nawet gdybym za cały wyjazd wydał 13 razy tyle to było by warto. Podobno czasami ktoś tam zostaje na noc i wtedy dopiero jest przeżycie, nam niestety nie było dane tego przeżyć za to po paru chwilach dopłynęła druga łódka w której gościli tancerze. 5 minut rozmowy i na plaży po środku niczego rozpoczyna się sesja taneczna z podstawami kroków dancehall’owych dla każdego. Ach gdybyśmy tylko tak wyruszyli o świcie a nie po śniadaniu to byśmy tam spędzili cały dzień a nie kilka h. Niestety wszystko co dobre musi się skończyć, o umówionej godzinie przypłynął po nas transport i trzeba było wracać do rzeczywistości.

TRENCH TOWN
Bob Marley – Legenda. Nie wiem czy jest ktoś na całej ziemi kto o nim nie słyszał. Być tu, w Kingston, w mieście w którym żył i tworzył i nie odwiedzić miejsca w którym powstała magia muzyki która poruszyła serca miliardów ludzi, no po prostu byłoby to słabe i tyle. Dostać się tam nie było większym problemem, za to sporym zmartwieniem było to, że ta dzielnica z racji na mroczną przeszłość ma dość nieprzyjemna opinię. Wysadzeni na rogu ulicy z hasłem, to jest tam na końcu tej ulicy gdzie końcówka zdania była już wypowiadana prawie na odjeździe, mając te wszystkie historie zasłyszane w Internetach… ciarki na plecach, jedna ręka na telefonie, druga na portfelu. Oczywiście po przejściu kilku kroków okazało się, że jak zwykle historie należą do historii. Spacer wzdłuż długiego płotu wymalowanego na złoto, zielono i czerwono szybko uspokoił pędzące serce. Znalezienie bazy przewodników nie było trudne, bo faktycznie wszyscy byli na końcu wskazanej ulicy, a kierowca nas wysadził gdzie wysadził bo wiedział, że nic nam się tu nie stanie i tyle. Faktycznie wiedziałem, że wszyscy tu żyli w biedzie. Właściwie to dalej żyją bo lokalna zabudowa pozwala naprawdę docenić warunki w których przyszło nam żyć w Polsce ale zobaczyć to na własne oczy, połączyć z fragmentami tekstów oraz historii zasłyszanych od przewodnika w trakcie spaceru po sąsiednich dzielnicach – SZOK. Kolejnym szokiem było to, że przy każdej z kilku przecznic znajduje się tablica na której mieszczą się liczne nazwiska. Nie wszystkie były mi znane, ale jak się okazało wszystkie te osoby to wysokiej półki artyści którzy wywodzili się z tych dzielnic. Jak na kilka krótkich uliczek, liczba sław była powalająca na kolana. Nie wiem czy jest to częścią standardowej wycieczki po okolicach, ale udało nam się też trafić do studia nagraniowego i nie mówię tu o mikrofonie zawieszonym na kablu gdzieś w piwnicy, tylko w pełni profesjonalne studio z obsługą gdzie akurat nagrywała swoje świeżynki może przyszła legenda muzyki, kto wie. Po zdobyciu kilku wiader informacji o historii tego miejsca oraz ludzi tu żyjących nadszedł czas na opuszczenie bezpiecznej przystani. Wychodzimy na ulicę, patrzymy w prawo, zerkamy w lewo i ku naszemu zdziwieniu zero taksówek. Idioci, w końcu to dalej getto więc nie jeżdżą tu tak jak w centrum. Zamówienie taksówki telefonicznie okazało się też nie łatwym zadaniem. Ogólnie klops. Z ratunkiem przyszła nam kobieta która siedziała po drugiej stronie ulicy przy stoisku z czymś. Z racji na mnogość znajomości, otwartość, uśmiech oraz szacunek jakim darzyli ją lokalsi sprawiała wrażenie prawdziwego bossa. W kilka chwil załatwiła nam taksówkę na którą co prawda trzeba było chwilę czekać ale była pewność, że przyjedzie! I co tu robić, co tu robić? My i oni na rogu w ghettcie… oczywiście trzeba się zaprzyjaźnić 😀 Stoisko z czymś okazało się być stoiskiem ze smoothie, i takiego czegoś w życiu nie jadłem/piłem. Soczyste owocki, niektóre prawdopodobnie zerwane chwile wcześniej z drzewa, wszystkie owocki umyte na naszych oczach, jednorazowe rękawiczki do fazy końcowej, uśmiech, reggae, papieroski, lokalizacja, klimat, słońce, przygoda, endorfiny i przepis na najlepsze co piłem w życiu gotowy 😀 Po chwili obserwacji okazało się, że nie opodal jest hostel w którym akurat jacyś młodociani Niemcy zrobili sobie bazę wypadową na lokalne salki prób, by uczyć się grać muzykę po Jamajsku. Super telegraficzny skrót, bez konretów bo jeśli ktoś będzie miał okazję tu być to fajnie żeby mógł odkryć to miejsce po swojemu.

RELAKS
Wszechobecnie dostępne złoże uśmiechu z którego w biegu zdarza nam się nie czerpać.

BLUE MOUNTAINS & JAH B COFFE PLANTATION
Są takie miejsca na świecie do których chce się jechać tylko po to by tam być i czerpać energię. Dla jednych jest do Kraków, dla innych Bałtyk, dla mnie to Blue Mountains na Jamajce oraz Góra Fuji w Japonii. Dlaczego? Nie wiem, wewnętrzny impuls. Napędzony tym myśleniem odpuściliśmy melanż żeby się wyspać, bo co prawda o tym nie wspomniałem ale każda noc w stolicy do tej pory kończyła się imprezą do rana tylko po to by rano zwiedzać dalej. Tym razem robimy inaczej. Znając podstawy poruszania się po mieście, ruszyliśmy kombinacją autobusów, taksówek i busików w stronę gór oraz zapoznanego na Festiwalu Rebel Salut starego rastamana który był właścicielem plantacji kawy, a którą chciałem bardzo odwiedzić bo ziarno to znam głównie z półek sklepowych. Jamajczycy to naród wielki sercem ale żyjący na stosunkowo nie dużej wyspie więc gdy jeden z naszych kierowców (który w ramach atrakcji w bagażniku wiózł palety małych żółciutkich kurczaczków, które melodyjnie sobie popiskiwały gdy opuszczaliśmy tereny miejsce na rzecz wiejskich) usłyszał gdzie jedziemy i w jakim celu, po prostu wykręcił numer do Jah B, podał mi telefon i już mieliśmy ugadany transport przez góry. WHAT!? W sumie to chętnie bym poszedł z buta na szczyt, na szczęście nasz gospodarz miał więcej oleju w głowie. Z tego co zrozumiałem, nie wolno tam tak o chodzić po górach bo jakby nie było jest to dalej dżungla więc zjechał po nas na umówione miejsce przy posterunku policji kierowca. DAAAAAAAAAAAAAAAAMN! No może nie pochodziłem, ale wycieczka w górę z napędem 4×4 po krętych, wyboistych i błotnistych ścieżkach często na krawędzi skarpy z widokami za milion dolarów była tego warta jak nic! Już się czułem szczęśliwy, a jeszcze nie dojechaliśmy do celu. Naszym kierowcą był syn Jah B, bardzo spoko ziomek, dużo się dowiedzieliśmy o tym gdzie jedziemy. W połowie drogi przejął nas drugi syn, oboje zrobili sobie przerwę w swoich obowiązkach na plantacji by nas zawieźć do celu za co jestem mega wdzięczny. Na górze okazało się, że jest normalna, elegancka noclegownia z normalnymi cenami zbudowana pierwotnie po to by Jah B mógł nocować swoich znajomych, a z której teraz korzystają ludzie by UWAGA! Iść rano oglądać wschód słońca nas wielką wodą ze szczytu góry!! Na samą myśl o czymś takim mam ciarki, a co dopiero to przeżyć. Tym razem nie było nam to dane bo jest to kolejna wycieczka na parę chwil w miejsce w którym można spędzić życie. Z pewnością jednak wrócę tam prędzej czy później by tego doświadczyć. Kilka minut jazdy autem dalej znajdowało się wejście na podejście pod szczyt. Przyznam się bez bicia że podziwianie widoków po drodze zajęło nam tyle czasu, że może doszliśmy do połowy tej ścieżki i trzeba było żalem i smutkiem zawracać. Negatywny grymas zniknął już po pierwszych 2 metrach gdy odkryliśmy kolejny widok i kolejną roślinę którą przegapiliśmy w drodze do góry. Biorąc pod uwagę fakt, że chce tu wrócić – optymistycznie stwierdzam – nic straconego! Przy straganie po środku niczego, gdzie jakiś lokalny buszmen sprzedawał ziarna kawy, owoce i bóg wie co jeszcze zakupiliśmy odrobinę kulinarnych pamiątek (w tym owoc którego nazwy nie pamiętam, ale jeden był słodszy niż 2l Coli wypitej na eksa tylko, że o wiele smaczniejszy jednocześnie)

Spacer spacerem, zwiedzanie zwiedzaniem ale bez prowiantu w górach jest średnio. Czas na obiad! A co najlepiej pobudza apetyt? PRACA 😀 jako, że jestem troszkę nienormalny, to przy okazji zwiedzania plantacji i poznawania tajników poszczególnych etapów produkcji magicznych ziarenek –skorzystałem z okazji i pomogłem porozkładać kosze z ziarnami do suszenia na dachu jednego z budynków. Niby nic, niby coś, dla mnie przygoda życia a dla przeciętnego inspektora BHP w Polsce raj mandatami kwitnący. Lekko zmęczony, a jednak szczęśliwy zjadłem pyszny (mimo, że bez mięsa) obiad zapiłem wspaniałą kawą (która jak się okazuje kosztuje kuuuuuuuuuupę hajsu) pozawieszaliśmy na ławce z pięknymi widokami, zbrataliśmy się z gospodarzami obiecując powrót i wróciliśmy kolejny raz do rzeczywistości z dala od rzeczywistości. Pamiętasz jak mówiłem że jazda autobusem jest wszędzie taka sama? No cóż. Nie do końca. Pierwszy raz mieliśmy okazję jechać autobusem publicznym, a nie taksówką po zmroku. Świat się wywraca do góry nogami gdy brakuje światła. Nie chodzi o to, że było niebezpiecznie ale zupełnie inaczej. Nagle równo z momentem schowania się słońca za horyzontem, powstała z siedzenia kobieta która udzieliła wszystkim 40 minutowego kazania o „Naszym jedynym i wspaniałym zbawicielu! Jezusie Chrystusie! Chwała wam wierzącym! Biada ludziom w których sercach zakiełkowało ziarno zła!” Muszę przyznać, że u nas pewnie by z tego wynikła sroga awantura, może nawet i bójka. Tymczasem tutaj nie poruszyło to zbytnio nikogo, każdy zajęty sobą i swoją podróżą, wydawał się niezbyt interesować cudzymi opiniami. Moment przesiadki z autobusu na taksówkę już w mroku, gdzie nagle jakby wszystko przyspieszyło pod wpływem braku gorącego powietrza zmusił nas do zdwojonej czujności. O tej godzinie można już było znaleźć zaklinaczy taksówek, którzy ułatwiali ich łapanie miejscowym, a co dopiero nam – dwóm białym w miejscu w którym prawdopodobnie już dawno nie powinno ich być. Chwila czekania, taksówka do domu, na miejscu cudowna ekipa z Mango Yard Hostel czekająca na nas i nasz bezpieczny powrót.

TREASURE BEACH
Wybrały się kozaki do innego miasta! Nie wiem co nam się wbiło do głowy żeby nie sprawdzić połączeń, chyba myśleliśmy, że to wszystko jest bliżej. Liczyliśmy na serię taksówek routowych ze stolicy na plażę skarbów. Tymczasem okazało się, że jest to do zrobienia ale to trzeba zrobić z samego rana bo podróż zajmie lekko cały dzień. Plan awaryjny to autobus. Jest, a i owszem. Ale jeździ 2 razy dziennie, rano i wieczorem i bez rezerwacji miejsc może być ciężko. Nie pozostało nam nic innego jak ustawić się w strefie dla czekających na zbawienie, wypić piwko i mieć nadzieję. Troszkę nerwówki przy tym wiadomo było, ale była też okazja do porozmawiania z pracownikami dworca w tym i szefem taksówek długodystansowych, który już prawie nam załatwił taksówkę gdy zostaliśmy wezwani do kolejki po bilet! Kosmos dał nam pstryczka w nos i powiedział UWAŻAJ NA TO CO ROBISZ! Lekcja przyjęta z pokorą. Super, autobus a właściwie to luksusowy transport międzymiejski z klimatyzacją i wygodnymi siedzeniami przerzucił nas do miasta jakby się wydawało bliskiego naszego ale nie tak bardzo jakby to sugerowały zdobyte rano informacje. Nim wyruszyliśmy w podróż, zadzwoniliśmy do Miss Blossom u której zdobyliśmy fantastyczny nocleg w apartamencie last minut, przedstawiliśmy sytuację i z uśmiechem i życzliwością którą można było tylko słyszeć przez telefon ogarnęła nam brakujące połączenie – to był jeden z tych dni w których jakbyśmy puścili totka to chyba byśmy wygrali. Więcej szczęścia niż rozumu i mnóstwo pomocy od strony Jamajczyków zapewniło nam bezpieczną podróż. Na miejscu zmartwiona gospodyni wyczekiwała naszego przyjazdu, poczęstowała kolacją i przywitała jak członków rodziny.

TOTALNA ZMIANA TEMPA
Kocham ten moment, kiedy trafiam do celu w środku nocy, nie widząc co się dzieje w koło, idę spać, a rano… rano zakochuje się w świecie na nowo. Tak było i tym razem. Kilka minut spacerku od noclegowni i już jesteśmy na plaży, idealna pogoda, piasek, parę kroków spacerkiem dalej i mini centrum, parę knajpeczek i jakieś sklepy. Zupełnie inni ludzie, całkowicie inny klimat. W przeciwieństwie do innych miast w których byliśmy, tutaj można spotkać stosunkowo dużo turystów ale dobrym tego słowa znaczeniu. Okolica zachęca atrakcjami zarówno za dnia jak i w nocy. Ważne tylko by pamiętać, że w nocy, jest tam ciemno i to tak naprawdę ciemno więc chodzenie poboczem momentami samo w sobie jest przygodą jeśli się nie zabierze jakiegoś źródła światła. A z drugiej strony tyle gwiazd na niebie co tam dzięki temu zobaczyłem to nie widziałem od lat. Właśnie siedząc na werandzie pewnego wieczoru, oglądając magię wszechświata, słuchając śpiewu natury miałem objawienie. Pamiętacie jak w Kingston wspomniałem RELAKS? W skrócie, akcja była taka że pewnego dnia się obudziłem i miałem ochotę na przysłowiowe nic. Zero zwiedzania, latania, biegania tylko po prostu chwila takich prawdziwych Januszowych wakacji. Dziewczyny z wielką niechęcią ale zgodziły się na dzień leniuchowania. Los chciał, że tego właśnie dnia do Mango Yard Hostel zjechała ekipa z Chille. Od słowa do słowa porozumiewając się troszkę na migi i troszkę po angielsku postanowiłem dołączyć do nich w wycieczce do sklepu po papieroski. Ale jakoś tak przypadkiem się okazało, że była to cudownie fantastyczna i interesująca grupa i po zakupach poszedłem na deserek, do bankomatu i ogólnie kilka ładnych godzin mnie nie było. Jak to widziały dziewczyny możecie przeczytać u Mileny, chyba że nic o tym nie napisze bo byłoby to mało przyzwoite 😉 W każdym razie, siedząc na wspomnianej werandzie u Miss Blossom przypomniało mi się to i mówię: „Hej, napiszmy bloga o tym jak będąc na jednym wypadzie choć każdy z nas przeżywa te same przygody, to jednak odbiera je w zupełnie inny sposób” No i proszę, po wielu miesiącach od wyjazdu mamy WeGo! Wracając do głównego wątku jakim jest piracka plaża skarbów, dlaczego piracka? Otóż historycznie w tym regionie było dużo piratów, stąd też mieszkańcy mają więcej odcieni kolorów skóry i są bardziej przyzwyczajeni do nas. Mieszkańcy są nastawieni bardzo przyjaźnie do przybyszów, więc i trafił nam się tort w trakcie spontanicznego urodzinowego koncertu reggae na środku skrzyżowania, i mieliśmy okazję zjeść wspaniałego Jerk Chickena w towarzystwie plażowych ziomeczków oglądając zachód słońca, a i ręcznie wykonane rzeźby z drewna wszelkiego pochodzenia udało nam się kupić za naprawdę przyzwoite pieniążki jednocześnie zachowując mega wysoką jakość wykonania. Raj dla turystów, którzy nie lubią być TYLKO turystami.

Black River & Pelikan Bar
Ta wyspa nie przestaje zadziwiać. Oprócz legendarnych już miejsc o których dużo słyszeliśmy jak np Pelikan Bar, bardzo szybko dowiedzieliśmy się też o kilku innych, moim zdaniem zdecydowanie o wiele wiele ciekawszych. Jak to zwykle tu bywa, ktoś kogoś zna i ktoś kogoś poleca, tym razem nie było inaczej. Miss Blossom poleciła nam nie jakiego Kapitana Willisa, który po krótkiej rozmowie podał sensowną cenę za wycieczkę z Treasure Beach do Black River, a nawet dalej. Los chciał że spotkaliśmy też na miejscu kilka przyjaznych duszyczek, które radośnie dołączyły do nas w tej przygodzie więc koszty się znacznie obniżyły i super!

Nie straszne były żadne fale dla naszego kapitana który śmiejąc się głośno wraz ze swoją dzielną załogą szczurów lądowych wspinał się po morskich falach by opadać w akompaniamencie pisków i krzyków tych, którym zdecydowanie to nie sprawiało przyjemności. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć zniszczenia jakie zasiała tutaj natura w trakcie jednego z huraganów jakiś czas temu i muszę przyznać, że filmy katastroficzne, reportaże, zdjęcia i opowieści nie oddają nawet setnej tysięcznej ułamka tego co daje wizja lokalna. W tym miejscu, morze zrobiło sobie z Jamajki kanapkę, którą sukcesywnie od tamtej pory pożera. Prosto z morza wpłynęliśmy do Black River, mierząc szybkim okiem zabudowę udaliśmy sie w górę rzeki na poszukiwanie krokodyli. Znakomici przewodnicy szybko i sprawnie wskazali nam miejsca w których zazwyczaj wygrzewają się gady, a których wcale długo nie trzeba było szukać mimo iż w zadziwiająco nierealny sposób potrafiły się zlać roślinnym tłem. Od gada do gada, zwiedziliśmy kilka domostw poznając pęk opowieści na temat każdego z nich, jak również lokalnej roślinności oraz innych przedstawicieli lokalnej zwierzyny.

Nagle, zatrzymujemy się i słyszymy hasło: NA LĄD! zdziwieni rozglądamy się, a tam jakiś młodzieniaszek z czubka drzewa na linie skacze do rzeki! do tej samej rzeki w której 5 minut wcześniej widzieliśmy krokodyle!? WTF!? Okazuje się, że krokodyle jako zwierzęta terytorialne i nic nam tutaj nie grozi. Nie trzeba nas było długo namawiać! Ciuchy na bok, ciała po pseudo drabince i bach do wody! Wymyślnych akrobacji co prawda nie robiliśmy, jak to mieli w zwyczaju mieszkańcy okolicy, ale dechy też nie było więc WIELKI SUKCES I BRAWA DLA NAS. Na fail army zdecydowanie nas nie znajdziecie. Nie opodal mieścił się prowizoryczny bar w którym można było ugasić pragnienie, co niektórzy zostali poczęstowani lokalnymi przysmakami oraz lekcją Jamajskiego skręcania, lekcja której nigdy nie zapomnę, a która przydaje się w trudnych warunkach atmosferycznych. Pyszności! Czas szybko leci gdy człowiek świetnie się bawi. Niestety. Musieliśmy wracać. Po drodze szybki postój w mieście, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć największego krokodyla w okolicy. Dłuższy niż przycumowane motorówki i stateczki, leniwym krokiem wyszedł na przystań grzać się na betonie wśród ławek i trawników. Szacun, wielki i przeogromny szacun dla Łowcy Krokodyli za to że potrafił ujarzmić takie bestie! Co prawda gad wypoczywał na drugim brzegu rzeki ale w jego okolicy chodzili przyzwyczajeni już do takich sytuacji mieszkańcy i było widać że każdy z nich była góra na 2 chapnięcia i to bez popitki. Pełni wrażeń skierowaliśmy się w stronę morza, gdzie czekał już na nas Pelikan Bar. Samotna budowla pośrodku wody sprawiała wrażenie złudzenia aż do momentu w którym mogliśmy zeskoczyć na mieliznę i potaplać się w wodzie lub wspiąć do wejścia i uraczyć szeroko rozumianymi przysmakami na drewnianym tarasie. Całość budowli pokryta jest rycinami podpisami osób odwiedzających to miejsce. To plus położenie, szczątki zniszczonego kilka lat wcześniej Pelikan Bar 1 wzywające wręcz na eksplorację kilkanaście metrów dalej oraz widoki sprawia, że klimat który tam panuje jest absolutnie wyjątkowy i nie powtarzalny. Zgodnie z tradycją zostawiliśmy i swoje 4 litery wśród tysięcy innych na pamiątkę i wróciliśmy do Treasure Beach z jeszcze większą prędkością i jeszcze wyżej podskakującą łajbą. I choć nie udało nam się zobaczyć delfinów, a może udało ale z daleka nikt nie miał pewności, to zdecydowanie jest to jeden z najbardziej wartościowych punktów całej tej wyprawy.

NEGRIL
ŁO Panie! Opuszczenie TB nie było zbyt przyjemne bo na miejscu było bardzo przyjemnie. Mieszanka uczuć związana z tym, że jedziemy do kolejnego miejsca, a jednocześnie jedziemy już do ostatniego miejsca wisiała w powietrzu niczym gęsta chmura smogu. No ale nie ma co narzekać, załoga wsiadła do pierwszej z wielu taksówki w stronę Negril i ruszyła z zamiarem zwiedzania po drodze. Zwiedzać się nie udało bo za każdym razem jak mówiliśmy kierowcy żeby wysadził nas koło postoju taksówek w stronę celu, on wysadzał nas prosto w ręce kolejnego taksiarza który szybko i sprawnie pomagał w przepakowaniu się i heja w drogę. Nie wiem ile było tych taksówek, 3? 5? może 6. Nie dało się zliczyć. Za to szybko zmieniające się widoki, repertuary muzyczne oraz towarzysze podróże skutecznie zapewniły nam tyle atrakcji, że stosunkowo szybko i wolno jednocześnie dotarliśmy do celu. Plan był taki, że w Negril mamy spotkać się z przyjaciółmi. Do celu dotarliśmy o wiele wiele szybciej niż trzeba, nie znając miasta rzuciliśmy nasze ulubione hasło do kierowcy: „gdzie jest najlepsze jedzenie w okolicy?” Nie wspominałem o tym wcześniej, ale za każdym razem jak się komuś rzucało takie hasło, ten zabierał nas w przeróżne lokacje, bardziej lub mniej biedne, ale zawsze takie w których sam jada i które z czystym sercem poleca. Tym razem było podobnie, trafiliśmy na Jerk Chickena który zdobył serię nagród i lepszego nigdzie nie zjemy. I to był pierwszy sygnał. Jedzenie faktycznie bardzo smaczne, ale już sposób podania i obsługi zdecydowanie bardziej europejski. Na szczęście ceny nie były jak nad naszym morzem. Chwila odpoczynku od „ciężkiej podróży” i wio z plecakami na plażę. Wchodzimy przez teren jakiejś zdecydowanie nie taniej knajpy, czekając tylko aż ktoś nas zatrzyma jako gości zdecydowanie nie hotelowych, wchodzimy na plażę a tam…. Pierdylion ludzi. Może nie tak, że człowiek na człowieku, parawan na parawanie. Ale takiej ilości jeszcze na tym wyjeździe nie widzieliśmy. Knajpa przy knajpie, niektóre z noclegami, niektóre bez, tanie, drogie, ładne, brzydkie, z koncertami, z dyskotetkami i bez, dla każdego coś fajnego, a plaża długa i piękna na 7 mil. Tu każdy przeżyje swoją przygodę w dokładnie taki sposób jak chce.

DCIM100GOPROGOPR1602.JPG

My mieliśmy ochotę na piwko i relaks więc i to nam się trafiło. Niezwykle mili i nie nachalni sprzedawcy pierdól zapewnili nam dostęp do kilku ładnych pamiątek, które po krótkiej negocjacji stały się nagle o wiele wiele tańsze. Czas leciał a słońce znikało za horyzontem by ujawnić nam rąbek nocnego życia. W PARTY CENTRAL czyli jedynej w okolicy otwartej po zmroku szopie z muzyką i piwkiem w dobrych cenach i z lokalną społecznością do której raczej przerażeni biali z hotelów nie zaglądali, a w której każdy bawił się jak chciał, tańczył w morzu, biegał po plaży albo po prostu wył do księżyca spędziliśmy ostatnie chwile tego magicznego wieczoru nim otrzymaliśmy info o przyjeździe naszych znajomych. Dostać się z plaży do centrum nie było trudne, ale każdy kogo spotykaliśmy okazał nam szczerą troskę o nasze zdrowie i bezpieczeństwo, a jak usłyszeli, że nocujemy u znajomego z Jamajki, a nie w hotelu to 7 razy pytali czy znamy tego kogoś i czy aby na pewno to nie wał i nie potrzebujemy pomocy. Kierowca który nas podwiózł na miejsce spotkania nawet upewnił się, że na miejscu ktoś na nas czeka i nie jest to ktoś podejrzany. Kochani są, ale jednocześnie zrozumiałem jak wiele mieliśmy szczęścia w naszej podróży i że faktycznie może tu być niebezpiecznie.
Nasz nocleg okazał się być kawałek za miastem, więc kolejna taksówka w nieznany mrok i byliśmy w bazie. Przyjaciel przyjaciela powitał nas, ugościł, pokazał co gdzie i jak i po chwili pogaduch przyszedł czas na sen. ZNOWU SIĘ UDAŁO!

Budzę się, wychodzę z domku a tu dżungla, za nią plaża. Tym razem nie kamienista, nie piaszczysta ale wulkaniczna! Na takiej jeszcze nigdy nie byłem więc podjarka sto procent i tryb szperacza odkrywcy na maksa. Niby skalista pustynia, a jednak w zagłębianiach i oczkach wodnych tętniło życie. Jak wiele go tam było miałem okazję dowiedzieć się kilka godzin później, kiedy to nasz gospodarz złowił, powtarzam ZŁOWIŁ dla nas kraby, ślimaki morskie oraz coś co nazwał Sea Beef. O kurde! O ŁaŁ! O w mordę! Miałem okazję skosztować różnych lokalnych przysmaków le to mnie rozbiło na łopatki. Teraz zrozumiałem słowa pewnego kierowcy z Kingston: „Na Jamajce możesz nie mieć dachu nad głową i być biednym, to jest tragedia i to może się przytrafić każdemu. Ale jeśli na Jamajce jesteś głodny – tzn że jesteś śmierdzącym leniem, bo tu jedzenie jest wszędzie.” Jedzenie oczywiście zdobyte na tej samej plaży po której spacerowaliśmy. W tym momencie chciałbym złożyć swój szacunek i ukłony dla każdego kto potrafi zbierać szeroko pojęte dary natury.


Kiedy ucieka się w styczniu z Polski przed zimą to chce się słońca i ciepła. Ostatni dzień przed odlotem trafił nam się deszczowy. Może nie było idealnie ale też nie było na tyle źle żeby rzucać przekleństwami o ścianę. Zaopatrzeni w coś przeciwdeszczowego ruszyliśmy na targowisko w Negril. To jest ten moment w którym zrozumiałem jak daleko od celu jesteśmy. Kilkunastu minutowy spacer w dół – acha, czyli jesteśmy wysoko. Pierwszy przystanek to bar. I tu, przedstawiciele społeczności farmerskiej, na nasz widok, z wielkim uśmiechem powiedzieli: Przyjechaliście i przywieźliście deszcz! (no nieźle, chyba będzie kwas) DZIĘKUJEMY! Panowała susza dzięki wam rośliny rosną a my mamy zbiorniki pełne wody niezbędnej do życia. Tego się żodyn nie spodziewał. Kilka naprawdę miłych chwil spędzonych w towarzystwie starych podrywaczy mojej młodej i atrakcyjnej kompanki i podjechała taksówka. Yyyy…taksówką okazał się motor. Jedna moto taksówka mieści kierowcę oraz 2-3 pasażerów bez konieczności dostawki. Łyycha! Lecimy w dół do głównej ulicy, podziwiamy widoki, poznajemy lokalizację kolejnych atrakcji w okolicy, nie ma nudy! Na dole zmiana minitaxi na tradycyjną i wio na bazar. Z racji na deszcz, ludzi było nie wiele i nie wszystkie stoiska były otwarte. Idealne warunki na udane zakupy. Jeśli chodzi o wyroby z drewna to to co kupiłem w Treasure Beach zdecydowanie wygrywało z tym co widziałem tutaj jeśli nie pod względem ceny to jakości, i na odwrót a czasami w obu kategoriach. Za to mnogość innych towarów była przeogromna i z każdym dało się targować! Nie mam pewności czy jest to element tradycji tak jak np. w Indiach, ale umiejętność negocjacji cen zdecydowanie ułatwia i uatrakcyjnia każde zakupy. Powrót wcześniej wspomnianym motorem pod górę w lekkim zmroku i totalnie nie fajnych warunkach był jak ostatnie pociągnięcie mistrza malarskiego gdy ten kończy tworzyć arcydzieło. Ach co za emocję!

HOME SWEET HOŁM
Ostatni dzień, jak to ostatni dzień. Szybki ogar z rana, coś do jedzenia, pakowanko, kompanko taxa i na lotnisko. Byłoby smutno bardziej, gdyby nie to, że po drodze trafiła nam się buda pośrodku niczego z cudownymi owocami, a i towarzystwo fantastyczne bo na tym etapie jechaliśmy już większą grupą. Lot powrotny okazał się być opóźniony o kilka godzin. OCH jak strasznie źle i smutno mi było, że muszę spędzić dodatkowych kilka godzin w tym wspaniałym miejscu! A gdy już nastąpił jego czas, okazał się być bardziej teleportacją niż podróżą. Po wylądowaniu okazało się, że zgodnie z regulaminem linii lotniczych przysługuje nam odszkodowanie. Normalnie olałbym ten fragment ale wspominam o tym nie dlatego żeby się pochwalić tylko dlatego, że w tym przypadku, zdobycie odszkodowania nie wymaga korzystania z usług firm które czerpią srogi procent za jego zdobycie bo można to ogarnąć przez formularz na stronie. TUI z którym mieliśmy okazję odbyć tę podróż, załatwiła sprawę szybko, sprawnie i bez zbędnych komplikacji. I jeśli coś takiego przytrafi się Tobie lub twoim znajomym to wiedzcie, że jesteście na krótkiej prostej do mety.

Ta wspaniała przygoda nie udałaby się gdyby nie pomoc kilku przecudownych duszyczek których nie będę wymieniał z imienia bo RODO nie śpi, a które na bank wiedzą, że o nich mowa.
WIELKIE SERDECZNE POZYTONSKIE DZIĘKUJĘ!

Zapraszam również do sprawdzenia krótkiej video relacji z naszej podróży:
https://youtu.be/Vshblq6Z1n4

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *