Jamajka, czyli spełnienie marzeń. [by: Milena]

O wyprawie na wyspę marzyłam od wielu lat – i to wcale nie przez piękne karaibskie plaże, czy piękną pogodę przez cały rok, ale przede wszystkim ze względu na wyjątkowy klimat i niesamowitych ludzi, którzy tam mieszkają. Chciałam poczuć ducha wyspy, zobaczyć jej dzikość i poznać bliżej tamtejszą kulturę. Im więcej poznawałam Jamajczyków, tym bardziej byłam przekonana, że nie ma drugiego takiego miejsca na całym świecie. I rzeczywiście tak jest 🙂

Siema, tu Milena, Kosa i widok, który powitał nas pierwszego poranka 🙂

Pierwsze wrażenie.

Starałam się nie mieć wygórowanych oczekiwań, tymczasem pierwsze chwile spędzone na miejscu sprawiły, że wiedziałam jak niesamowite będą te dwa tygodnie.

Jamajka jest wyjątkowo zieloną wyspą, bogactwo roślinności imponuje już z okien samolotu. Pierwszą noc spędziliśmy 10km na południe od lotniska w Montego Bay – w środku dżungli. Z moim zamiłowaniem do pająków i innych stworzeń tego typu wybór może wydawać się dosyć nieprzemyślany:). Tymczasem na miejscu czekała na nas cisza przerywana jedynie odgłosami dżungli i muzyką płynącą z niedalekiej wioski i przepiękne gwieździste niebo – jednym słowem bajka. Był to świetny wybór również ze względu na to, że trafiliśmy na wyjątkowego gospodarza, który odebrał nas z lotniska, zawiózł do swojej ulubionej knajpy, w której mogliśmy zjeść pierwszy prawdziwy jamajski posiłek, napić się piwa i zapalić papierosa 🙂 Krótko mówiąc – profesjonalnie wprowadził nas w klimat wyspy. Polecam wszystkim pierwszy nocleg zaplanować w ten sposób, bo 12-godzinna podróż samolotem potrafi dać w kość. Tu też warto wspomnieć o tym, że Jamajczycy – tak samo jak wszyscy – lubią prezenty, a nic tak nie chwyta za serce jak skarby narodowe, więc w zamian za tak piękną gościnę poczęstowaliśmy go polską żubrówką i trzeba przyznać, że był zachwycony:) W zasadzie zostaliśmy ugoszczeni jak rodzina, ponieważ w tym czasie byliśmy jedynymi gośćmi to zamiast lokować nas w domu gościnnym, Gospodarz zaprosił nas pod swój własny dach:)

Dom w środku dżungli. Taki widok z rana…
… i woda prosto z kokosa na śniadanie 🙂

Tym, co uderzyło mnie już pierwszego dnia były skromne warunki mieszkaniowe, w których żyje większość Jamajczyków oraz ich wypasione telefony i nowoczesne samochody. Z drugiej strony mieszkając w tak ciepłym klimacie naprawdę niewiele czasu spędza się w czterech ścianach, więc stawianie luksusowych domów właściwie mija się z celem. Wystarczy dach nad głową, wygodne miejsce do spania, zaplecze sanitarne i można żyć w sposób, o którym marzy większość ludzi na całym świecie. Oczywiście problem biedy jest tam ogromny, tak samo jak przepaść między gettami i ogromnymi willami bogaczy, ale o tym później.

Na każdym kroku spotykaliśmy takie klimatyczne miejsca, na Jamajce nie ma miejsca na nudne ściany.

Kolejnym zaskoczeniem dla mnie była wszechobecna muzyka. I nie chodzi tu bynajmniej o fakt, że właściwie na każdym rogu – bez względu na to, czy było to miasto czy wieś – grała muzyka, zarówno puszczana przez selektorów, jak i grana na żywo. Niespodzianką dla mnie było to, że głośniki nie zostały opanowane przez współczesne dancehallowe numery, zamiast tego przez kilka pierwszych dni słyszałam z nich jedynie słodkie reggae.

Rebel Salute i Ocho Rios

Ciężko było opuścić naszą pierwszą noclegową miejscówkę, ale czekała na nas masa przygód, z których pierwsza miała rozpocząć się w Ocho Rios. Ponownie nasz Gospodarz okazał się być złotem, bo nie tylko zabrał nas na pyszne śniadanie (pierwsze ackee and salt fish, czyli jamajski specjał – brak mi słów, żeby ten smak opisać), ale także zawiózł nas do miasta, w którym mieliśmy spotkać się ze znajomymi. Pierwsza styczność z miastem to też kolejna niespodzianka – byliśmy właściwie jedynymi turystami, którzy spacerowali z plecakami na plecach między uliczkami i szukali jedzenia, piwka, czy karty do telefonu. Sporadyczne grupy turystów na jakie trafiliśmy były zorganizowanymi wyprawami z okolicznych kurortów, które na dodatek nie oddalały się za bardzo od swoich przewodników i nie zapuszczały się w głąb miasta. Wiele słyszałam o tym, jak niebezpieczne są ulice jamajskich miast, ale ze swojej strony na szczęście nie mogę tego potwierdzić – wszyscy byli niesamowicie pomocni i praktycznie przez cały wyjazd czułam się tam bardzo bezpiecznie. Istotnym jednak jest to, aby znać ich kulturę i zwyczaje, nie naruszać ich prywatności, nie zapuszczać się w miejsca rzeczywiście niebezpieczne i nie kusić losu eksponując drogi sprzęt.

Na Jamajkę warto wybrać się choćby ze względów kulinarnych. Na zdjęciu jamajski przysmak – ackee and saltfish.
Jeden z wielu straganów na targu w Ocho Rios

Zwiedziliśmy miasto i udaliśmy się do jednego z najbardziej klimatycznych miejsc spośród wszystkich, w których mieliśmy przyjemność przebywać przez cały wyjazd. Niech samo miejsce pozostanie tajemnicą, najważniejsze jest to, że zamieszkaliśmy pośród niesamowicie pozytywnej ekipy Jamajczyków, u której poczuliśmy się jak w domu.

Kolejny dzień to również kolejna wizyta w Ochi, zakup biletów na Rebel Salute i pierwszy punkt obowiązkowy każdego turysty – Dunn’s River Falls. Wodospad wysoki na 55m, długi na 180m, składający się kaskad przypominających ogromne schody, które prowadzą aż do morza karaibskiego i kończą się niezwykle urokliwą plażą. Zdjęcia nie oddają uroku i energii tego miejsca, absolutny must see dla każdego!

Przepiękne wodospady rzeki Dunn, które można pokonać pieszo zaczynając od plaży i idąc w górę rzeki. Tłumy na zdjęciu to tylko złudzenie, chwilę później zostaliśmy sami, tylko nie pomyślałam o zrobieniu zdjęcia 🙂
Przy wodospadach można spędzić cały dzień, zwyczajnie ciesząc się ich pięknem.

Wieczorem ruszyliśmy w stronę Grizzly’s Plantation Cove, gdzie odbywa się festiwal Rebel Salute. Wyjątkowe wydarzenie, które początkowo było niewielką urodzinową imprezą Tonego Rebela z biegiem czasu przekształciło się w jeden z największych festiwali muzyki reggae na Jamajce. Festiwal organizowany nieprzerwanie od 1994 roku to kolejny punkt obowiązkowy, nie tylko dla fanów reggae, ale dla każdego, kto kiedykolwiek słuchał muzyki i był na jakimkolwiek festiwalu. Jeszcze przed wejściem czuć ogromne różnice kulturowe – znacie to uczucie, gdy czekacie w kolejce do kasy i wszyscy na Was nacierają, czujecie się przytłoczeni i chcecie jak najszybciej wydostać się z tłumu? Nie tam. Kolejka, w której można swobodnie oddychać, nikt się nie pcha, wszyscy spokojnie czekają na swoją kolej. Coś niesamowitego.

Scena Festiwalu Rebel Salute, na której w ciągu dwóch dni stanęły dziesiątki największych gwiazd muzyki jamajskiej.

Sam teren festiwalu nie różni się bardzo od tego, co znamy z naszego podwórka: była część gastronomiczna, część chillout’owa i część koncertowa. Standard, chociaż nie do końca. Strefa gastronomiczna to dziesiątki stoisk z pysznym jedzeniem (tylko wege!) – różnicą był ogromny wybór owoców, które można było kupić na miejscu – u nas się to raczej nie zdarza. Festiwal odbywa się pod hasłem “No weapons, no drugs, no alcohol, no meat”. A co za tym idzie? Imponująca ilość stoisk z marihuaną i produktami od niej pochodzącymi. Tam też poznaliśmy prawdziwą cenę i jakość tych przysmaków. Dla zainteresowanych – około 10g dobrego suszu kosztuje jakieś 30zł. Boli, prawda?:)

Krzaki przy stoisku z marihuaną na Rebel Salute

Na koniec część najważniejsza, czyli koncertowa – spodziewałam się tańców, zabawy, krzyków, tłumów pod sceną. Tymczasem zobaczyłam całe rodziny, które przyszły na festiwal tak, jak spory odsetek Polaków przychodzi do kościoła – posłuchać muzyki, zadumać się na słowami ludzi przemawiającymi ze sceny. Sceny, na której przez te dwa dni pojawiły się niesamowite postaci, jak Mykal Rose, The Wailers, Capleton, Luciano, Tony Rebel, Koffee, Junior Kelly, Chezidek, Perfect Giddimani, Queen Ifrica, Agent Sasco i wielu, wielu innych! Z początku brakowało mi tego zamieszania, które towarzyszy europejskim festiwalom – tłumów pchających się pod samą scenę i ogólnego poruszenia. Jednak szybko można się przyzwyczaić do jamajskiego podejścia – totalny spokój, każdy ma swoje miejsce i celebruje to, co dzieje się wokół. Ciekawostką jest podział biletów na General i VIP, które pozwalają na wejście do dosyć sporej części wydzielonej na wprost sceny, która oddzielona jest od pozostałego terenu wysokimi barierkami i jest wypełniona rozkładanymi krzesłami – pozostali przynosili swoje krzesła lub kupowali na miejscu :). Różnica w cenie jednak jest znacząca, ponieważ bilety VIP są niemalże dwukrotnie droższe. Koncerty zaczynają się standardowo w godzinach popołudniowych, ale trwają o wiele dłużej niż można by się spodziewać – pierwszego dnia festiwalu wychodziliśmy dopiero o godzinie 10:00 kolejnego dnia. Taki układ nadaje wydarzeniu jeszcze bardziej wyjątkowy charakter – dla mnie punktem kulminacyjnym był przepiękny wschód słońca przy dźwiękach płynących ze sceny 🙂

Krzesło, ciepłe ubrania, śpiwór – zestaw obowiązkowy każdego Jamajczyka podczas festiwalu 🙂
Przy dźwiękach płynących ze sceny doczekaliśmy przepięknego wschodu słońca podczas Rebel Salute.

Okolice Ocho Rios mają wiele do zaoferowania, świetnie też nadaje się jako baza wypadowa do okolicznych atrakcji turystycznych. Mi osobiście jednak serce najmocniej zabiło, gdy dotarliśmy do Little Dunn’s River Beach – niewielkiego wodospadu, którego energia mocno przypominała mi kultowy film jamajskiej produkcji „Rockers” – szczególnie polecam spędzenie tam czasu nocą 🙂

Little Dunns River Falls – niezwykle klimatyczna miejscówka, warto wybrać się tam również nocą.

Kingston

Dwa tygodnie to niewiele czasu, więc zaraz po zakończeniu festiwalu postanowiliśmy ruszać dalej, do Kingston – stolicy Jamajki. Zatrzymaliśmy się w hostelu Mango Yard Kingston, prowadzonym przez trzy niesamowite dziewczyny, z których jedna jest Polką, więc kolejny raz od razu poczuliśmy się jak u siebie. 🙂

Równie szybko pochłonęło nas nocne życie miasta. Niedzielna noc pod znakiem dub’u, dodatkowo urozmaicona pełnią księżyca i jego zaćmieniem na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Zapierający dech w piersiach widok na Kingston ze wzgórza, na którym od 17 lat, co tydzień odbywa się impreza pod nazwą Dub Club, połączony z pięknym brzmieniem zainstalowanego tam soundsystemu w moim odczuciu stawiają chyba to wydarzenie na pierwszym miejscu podium, jeśli chodzi o imprezy w stolicy. Dodatkowym atutem była możliwość zobaczenia naszego przyjaciela Rass Bassa za deckami 🙂 Dub Club jest wyjątkowym miejscem również przez ludzi, którzy tam przychodzą – zawsze istnieje duża szansa na spotkanie swoich idoli, od których z reguły jesteśmy oddzieleni barierkami przy scenie. W drodze do tego miejsca można też zaobserwować różnice między klasami społecznymi na Jamajce – na obrzeżach miasta zrujnowane budynki pokryte blachą falistą stopniowo znikają, a w ich miejsce pojawiają się ogromne luksusowe wille artystów, polityków itp.

Widok na Kingston z miejsca, w którym co tydzień odbywa się impreza pod nazwą Dub Club.

Kolejne cztery dni były bardzo intensywne: chcąc zaliczyć większość imprez i jednocześnie w ciągu dnia zwiedzić jak najwięcej wyczerpaliśmy mocno nasze zasoby energetyczne. O imprezach opowiem krótko, ponieważ przyznam szczerze: spodziewałam się czegoś więcej. Uptown Mondayz, Boasy Tuesday, Weddy Weddy Wednesday czy All Star Thursday – zdecydowanie warto się tam wybrać i z pewnością jest to nie lada gratka dla fanów dancehallu i tancerzy, ale dla mnie za mało było w tym muzyki i tańca, za dużo krzyku i popisówek:) No cóż – robią tak, jak to czują, ja osobiście preferuję europejskie wydanie dancehallowych imprez, na których można usłyszeć więcej niż 2s utworu, wszyscy mogą się pobawić i jest nieco mniej gadania 🙂 Bardziej do gustu przypadła mi impreza pod nazwą Vinyl Thursdays – ciekawe doświadczenie muzyczne, klimatyczne miejsce i ciekawi ludzie.

Jeśli chodzi o poruszanie się po Kingston to przyznaję, że z początku byłam nieco przestraszona – tłumy ludzi, przepełniona komunikacja miejska plus kilka zasłyszanych historii zrobiły swoje. Wystarczyła jedna przeprawa kilkoma autobusami na drugi koniec miasta, aby się w tym zamieszaniu odnaleźć i zrozumieć, że ten pozorny chaos tak naprawdę działa jak całkiem nieźle naoliwiona maszyna. Tu warto wspomnieć o głównym środku transportu na Jamajce, jakim są route taxis, czyli taksówki jeżdżące stale na tej samej trasie i zbierające pasażerów w jej dowolnym miejscu – wystarczy wystawić rękę, a kierowca zatrzyma się, jeśli tylko uzna, że jest w stanie jakimś magicznym sposobem upchać Was jeszcze gdzieś w pojeździe. A z reguły znajdzie na to sposób, choćbyście mieli jechać w bagażniku. Łatwo rozpoznawalne przez czerwone tablice rejestracyjne i w niektórych przypadkach naklejone nazwy miejsca docelowego. Ich ogromnym atutem jest to, że pozwalają dotrzeć niemalże w każdy zakątek wyspy za bardzo małe pieniądze 🙂 Tu mała przydatna ciekawostka – jeśli do taksówki wsiada towarzystwo mieszanej płci to staramy się zrobić tak, aby dwóch mężczyzn nie siedziało obok siebie. Oprócz taksówek po mieście można poruszać się też autobusami, jednak nie liczyłabym na większy komfort – w autobusie pojedzie tyle osób, ile się zmieści – ceny są zbliżone.

Lime Cay Quest

Takim właśnie upchanym po sufit autobusem rozpoczęliśmy pierwszą z przygód w stolicy – wyprawę na niezwykle urokliwą wysepkę Lime Cay, położoną na południe od Port Royal. Aby się tam dostać musieliśmy odszukać w porcie kapitana, który z nami popłynie, oczywiście za odpowiednią opłatą. Świetne miejsce do odpoczynku, nurkowania, pływania i opalania. Przepiękny krajobraz, cudowna woda i najważniejsze – prywatność. W tym samym czasie na miejscu było zaledwie kilka – kilkanaście osób, więc każdy mógł znaleźć miejsce dla siebie. Istnieje możliwość zostania tam na noc i przy kolejnej wizycie bardzo bym chciała z tego skorzystać. Na miejscu nie zrobiliśmy za bardzo zdjęć, ale za to sporo ujęć z tego raju możecie zobaczyć w FILMIE. W styczniu dość szybko robi się ciemno, a my pomimo wielu ostrzeżeń nie zdążyliśmy na czas wrócić do hostelu. Trochę zagubiliśmy się w centrum miasta, ale po raz kolejny poznaliśmy jamajską gościnność – jak tylko powiedzieliśmy gdzie chcemy się dostać zostaliśmy bezpiecznie zaprowadzeni w odpowiednie miejsce i pokierowani dalej. Jednak nocą miasto zaczyna rządzić się nieco innymi prawami i czujność jest wskazana 🙂

Zostaliśmy tak pięknie pokierowani do Lime Cay, że trafiliśmy jak po sznurku 🙂
Dopłynięcie do Lime Cay nie jest żadnym problemem, wystarczy znaleźć Kapitana, który ma akurat czas i zgodzi się Was zabrać 🙂
Na miejscu oczywiście nie ma sklepu, także zaopatrzcie się we wszystkie potrzebne rzeczy przed wejściem na łódkę 🙂

Trenchtown

Słysząc słowa piosenki No Woman, No Cry: „I remember when we used to sit; In the government yard in Trenchtown” wielokrotnie wyobrażałam sobie jamajskie slumsy i tętniące w nich życie. Kolejnego dnia miałam okazję zweryfikować swoje wyobrażenia i bez cienia wątpliwości dopisuję Trenchtown do miejsc obowiązkowych na trasie zwiedzania. Przy wejściu do Trench Town Culture Yard Museum każda grupa dostaje swojego przewodnika, który oprowadza ich po terenie slumsów. Potężna lekcja kultury, masa ciekawostek i ciekawych ludzi to kolejne powody, dla których warto się tam wybrać.

Mural zdobiący ściany w Trench Town Culture Yard Museum
Przy każdej ulicy w Trenchtown znajdziemy tablicę upamiętniającą znanych na całym świecie ludzi, którzy tam mieszkali.

Trenchtown coraz bardziej otwiera się na turystów, ale na szczęście nadal zachował się duch tego miejsca, warto zobaczyć w jakim świecie dorastali Bob Marley, Peter Tosh, Bunny Wailer i cała masa innych wyjątkowo utalentowanych osobistości. Po zwiedzaniu, które trwa tyle, ile pytań w międzyczasie będziecie zadawać, polecam wybrać się na przepyszne smoothie, które dostaniecie na wprost głównego wejścia, tam też warto zasiąść na chwilę i porozmawiać z lokalsami – przesympatyczni ludzie, którzy mają do opowiedzenia wiele historii.

Przepyszne smoothie dostaniecie zaraz koło głównego wejścia do Trench Town Culture Yard Museum. Przesympatyczna obsługa, koniecznie z nimi porozmawiajcie 🙂

W zasadzie to tyczy się większości napotkanych tam osób – taksówkarze, sklepikarze, tancerze – cieszą się, gdy przyjezdni są zainteresowani ich kulturą i codziennym życiem, przez co bardzo chętnie o nim opowiadają. Tu jednak warto zwrócić uwagę na to, że pozycja kobiet nie jest tam równa pozycji mężczyzn i widać to nawet w codziennych rozmowach. Nawet jeśli to ja zadawałam pytanie, odpowiedź zawsze była kierowana do męskiej części towarzystwa. Szacunek jednak można sobie wypracować, wystarczy rzeczywiście pokazać, że ma się silną osobowość i podejście się zmienia. Z drugiej strony niestety miałam wrażenie, że wielu Jamajczyków traktuje kobiety jako własność mężczyzn, pod tym względem jeszcze wiele musi się zmienić.

Jeśli chodzi o poruszanie się po Kingston to odradzam zapuszczanie się w boczne alejki, wyciąganie telefonu w publicznych miejscach i noszenie ze sobą dużej gotówki. Nas wprawdzie nie spotkała żadna nieprzyjemność, ale byliśmy pod tym względem ostrożni, w tym samym czasie w hostelu przebywała grupa z Chile i niestety zapłacili za swoją lekkomyślność utratą telefonu. Nie bójcie się wsiadać do autobusów czy taksówek (oznaczonych), pytać o drogę i rozmawiać z ludźmi na ulicy – im zależy na tym, żeby turyści czuli się bezpiecznie, ale musicie po prostu znać pewne granice:).

Blue Mountains

Zanim mogliśmy opuścić Kingston musieliśmy jeszcze zaliczyć jedną podróż – w Góry Błękitne. Jedyne czego żałuję w tej wyprawie to to, że była za krótka. Przede wszystkim cudownie było wreszcie ruszyć trochę zadki i przejść kilka kilometrów pieszo. Jamajczycy są strasznie leniwi, osobiście byłam świadkiem jak kobieta podjechała taksówką odcinek około 500 metrów (nie przesadzam). Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO pasmo górskie oferuje coś więcej niż wspaniałe widoki – jest to idealna miejscówka, żeby uciec od zgiełku miasta, cywilizacji i wszelkich problemów.

blue-mountains-view
Góry były dla mnie #1 punktem całej wyprawy <3

Podczas Rebel Salute poznaliśmy wyjątkową postać: plantatora kawy, znanego jako Jah B. Do niego właśnie postanowiliśmy się udać i choć lubię poznawać nowe miejsca, przy okazji kolejnej wizyty na pewno wrócę właśnie tam. Korzystając z route taxi podjechaliśmy najbliżej gór, jak tylko było to możliwe i w drodze zadzwoniliśmy pod numer podany na wizytówce. W ten sposób zostaliśmy odebrani samochodem terenowym przez jednego z synów Jah B, który później przekazał nas w ręce swojego brata. Podróż na plantację sama w sobie była przygodą, przede wszystkim przez nieopuszczającą nas wątpliwość czy samochód się przypadkiem nie rozleci na kolejnym zakręcie. Nie rozleciał się, za to mieliśmy okazję zobaczyć jak żyją ludzie w tamtejszych wioskach, których pojedyncze zabudowania ciągną się kilometrami wzdłuż „drogi”, a jedyną opcją dostania się do nich są samochody terenowe, które na dodatek muszą wymijać się na bardzo wąskich przesmykach, ledwo mieszczących jeden samochód. Jamajczycy za kierownicą zamieniają się w kierowców rajdowych, nie polecam ludziom o słabych nerwach 🙂

Nie da się opisać energii, która płynie z Blue Mountains, a zdjęcia nie oddają ich niezwykłego uroku 🙂

Gdy dotarliśmy na miejsce dosłownie poczułam, że moje serce zaczyna mocniej bić – nigdy, w żadnym miejscu nie poczułam takiej energii, jak tam. Jah B oferuje także miejsca noclegowe, warto zostać tam kilka dni, oczyścić swój umysł i oddać się otaczającej naturze. My niestety mieliśmy tylko kilka godzin, więc od razu ruszyliśmy na szlak, żeby podejść trochę wyżej i zobaczyć jak najwięcej – zdjęcia niestety nie zapisują dźwięku i zapachu, ale uwierzcie mi na słowo, że było to coś niesamowitego. Po zejściu Kosa nawet załapał się do pracy na plantacji i pomógł w rozstawianiu ogromnych koszy, w których suszyły się nasiona kawy:)

Tak się pracuje na plantacji kawy 🙂 W koszach są nasiona, które suszą się na słońcu.

Zostaliśmy perfekcyjnie ugoszczeni w domu Jah B, jego córka ugotowała nam pyszny obiad, a z nim samym mieliśmy okazję porozmawiać. Opowiedział nam historię o tym, w jaki sposób doszedł do tego, co teraz widzimy – ogromnego domu, plantacji i hotelu dla turystów. Zaczynał od zera, mieszkał w zbudowanym przez siebie ‘szałasie’ – małymi kroczkami i ciężką pracą osiągnął to, o czym marzył. Niesamowicie inspirująca postać! Żal było wracać, ale czas biegnie nieubłaganie, a kolejnego dnia chcieliśmy opuścić Kingston i udać się dalej wzdłuż południowego wybrzeża wyspy.

Jah B. Niezwykle inspirująca postać, bardzo polecam wybrać się tam i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Treasure Beach | Black River

Dostanie się z Kingston do Treasure Beach nie jest trudne, pod warunkiem, że wyruszcie rano. Nie wiedzieliśmy o tym i niefortunnie straciliśmy dużo czasu i pieniędzy, ale za to zyskaliśmy cenną lekcję porannej dyscypliny na przyszłość 🙂 Tym razem nocleg ogarnialiśmy przez booking.com i ponownie trafiliśmy na cudownych Gospodarzy, którzy telefonicznie pomogli nam dostać się na miejsce, zorganizowali dla nas transport, a po przyjeździe nakarmili nas bardzo smaczną pizzą (której obecność tam była dla nas niemałym zaskoczeniem). Ostatecznie do Treasure Beach dotarliśmy późnym wieczorem, zmyliśmy z siebie podróż i zasiedliśmy na tarasie podziwiając niebo. Tam też narodził się pomysł spisania naszych przygód, ponieważ w rozmowie wyszło na to, że chociaż byliśmy w tych samych miejscach i robiliśmy w większości te same rzeczy to nasze wrażenia i wnioski są mocno inne:)

W miejscowościach bardziej turystycznych zmieniają się też zabudowania i o wiele rzadziej spotyka się zrujnowane domy pokryte blachą i czym popadnie.

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie okolicy i odpoczynek. Treasue Beach świetnie się do tego nadaje – piękne plaże, więcej turystów, a tym samym więcej miejsc dla nich przeznaczonych. Jest to niewielka wioska rybacka, życie tam płynie wolno, ale nie brakuje wieczornych rozrywek – koncertów i imprez. Mimo zwiększonej liczby osób przyjezdnych nie ma tam turystycznego zgiełku, większość osób raczej stara się maksymalnie wtopić w lokalną społeczność. Nie brakuje też miejsc, w których można dobrze zjeść, ale w zasadzie przez dwa tygodnie pobytu akurat tym nie musieliśmy się martwić ani razu 🙂

Treasure Beach oferuje również piękną plażę i pyszne jedzenie – idealne miejsce, aby złapać oddech przed dalszą podróżą.

Boat trip

Dzień resetu był nam bardzo potrzebny, ponieważ kolejnego ranka chcieliśmy wyruszyć do Black River – przy plaży odszukaliśmy poleconego nam Kapitana, który wpakował nas razem ze znajomymi, którymi spotkaliśmy w Treasure Beach (taki ten świat mały) do swojej łodzi i zabrał ku przygodzie. Bardzo liczyłam na to, że w drodze towarzyszyć nam będą delfiny, które często się w tej okolicy pojawiają, ale kosmos chyba chciał dać mi kolejny powód żeby tam powrócić, więc delfinów nie było 🙂 Były za to piękne widoki i dużo opowieści: przewodnik opowiedział nam wiele ciekawostek o okolicy, pokazał nam zniszczenia po huraganie i uświadomił o ile z jego powodu przesunęła się linia brzegowa. Głównym miastem regionu St Elizabeth jest wspomniane Black River, jednak to nie miasto było celem naszej podróży, a rzeka, która w nim uchodzi do Morza Karaibskiego. Jedna z najdłuższych rzek Jamajki swoją nazwę zawdzięcza rozkładającej się na dnie roślinności, która sprawia, że choć wody rzeki są bardzo czyste to pozornie nabiera ona czarnego koloru. Bogactwo flory i fauny w tej okolicy zdecydowanie umieszcza ją na liście punktów obowiązkowych podczas zwiedzania wyspy. Warto wybrać się w podróż z poleconym Kapitanem, który będzie wiedział w których miejscach warto się zatrzymać na dłużej i gdzie mieszkają największe krokodyle 🙂

Dobry Kapitan wie, gdzie znaleźć krokodyle i jak każdy z nich ma na imię 🙂

No właśnie – krokodyle, od których roi się w rzece są dla wielu główną atrakcją wyprawy. No i nic dziwnego – raczej rzadko ma się okazję podpłynąć do tych pięknych stworzeń na wyciągnięcie ręki i obserwować je w ich naturalnym środowisku. Wokół nie brakuje też ptaków, krabów i wielu innych stworzeń, a także niesamowitych gatunków drzew, które tworzą wyjątkowy klimat rzeki. Dopłynęliśmy do kolejnego ciekawego miejsca – Rudy’s Bar, idealnej lokacji, aby napić się zimnego piwa i ochłodzić skacząc na linie do chłodnej rzeki. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach. Pierwszym była knajpa przy rzece, w której skosztowaliśmy przyrządzonego kraba – o swoich wrażeniach opowiem jednak później, przy okazji kolejnego zjedzonego kraba 🙂 Drugim była jedna z bardziej znanych atrakcji na wyspie – Floyd’s Pelican Bar. Jest to bar zbudowany z dala od stałego lądu, na wbitych w płyciznę drewnianych balach. Oryginalna konstrukcja powstała w 2001 roku, jednak została zniszczona przez huragan trzy lata później. Ta, która funkcjonuje do dziś i cieszy się dużą popularnością została zbudowana kilkadziesiąt (może kilkaset?) metrów dalej. Jest to urocze miejsce, w którym można zarówno napić się piwa, zjeść rybę, jak i po prostu się zrelaksować. To jednak byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby nie dziesiątki turystów, które tam przybywają. Warto zobaczyć na własne oczy, ale jeśli tak jak nie lubicie zatłoczonych przez turystów miejsc to szybko będziecie gotowi do dalszej podróży 🙂

Jak na wioskę rybacką przystało – w Treasure Beach roi się od łódek, kutrów, łodzi, motorówek i wszelkich innych środków morskiej lokomocji.

Treasue Beach wciąga. Chcieliśmy zostać tam dłużej, ale niestety napięty harmonogram zobowiązuje, więc trzeciego dnia pożegnaliśmy tę przesympatyczną wioskę i z samego rana ruszyliśmy w drogę i łącznie trzema route taxi dotarliśmy do Negril – ostatniego z dużych miast na mapie naszej podróży.

Negril

To miasto słynie przede wszystkim z Seven Mile Beach – przepięknej plaży pokrytej białym piaskiem, wzdłuż której rozmieszczone są miejsca noclegowe – od luksusowych hoteli z prywatnymi plażami po hostele prowadzone przez lokalnych mieszkańców.

Jedna z najpiękniejszych plaż świata – Seven Mile Beach w Negril to nie lada gratka dla fanów plażingu, sportów wodnych i luksusowych kurortów 🙂

Na pewno jest to raj dla osób lubiących wypoczywać w stylu all inclusive, miłośników morskich kąpieli, sportów wodnych i nocnego życia, niekoniecznie dla backpackersów, którzy wolą unikać turystycznych miejscówek, tłumów i niedorzecznie wysokich cen 🙂 Po przyjeździe swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do knajpy i choć poprosiliśmy taksówkarza, żeby wskazał nam znane mu miejsce, w którym zjemy dobrze i tanio to za standardowy obiad zapłaciliśmy o wiele więcej niż dotychczas. To nie znaczy, że w okolicy nie ma takich miejsc – po prostu musieliśmy ich poszukać. Resztę dnia spędziliśmy na plaży i ponieważ zostaliśmy tam aż do nocy mieliśmy okazję zobaczyć jak wystawione dla turystów leżaki i parasole znikają, a w ich miejsce pojawiają się ogniska, zaczyna grać muzyka i rozkręca się nocne życie Negril. Nocą plaża również zachwyca swoim pięknem, można w zasadzie spacerować wzdłuż brzegu i zaliczać kolejne imprezy i koncerty. Jak dla mnie jednak czegoś w tym wszystkim brakuje, nie przepadam za miejscami nastawionymi na turystów, przestałam tam czuć ducha Jamajki i nie ukrywam, że bardzo ucieszyłam się, gdy zgarnęli nas Przyjaciele u których spędziliśmy kilka nocy w Ocho Rios, aby zabrać nas w kolejne magiczne miejsce. Ostatnie dwie noce spędziliśmy 16 kilometrów na południe od Negril, niedaleko Blue Hole Mineral Spring, w przepięknym domu zbudowanym z koralowców (!). Przyznaję, że od początku odrobinę żałowałam, że miejscówka ta jest aż tak oddalona od miasta – nie trwało to jednak długo. W świetle poranka wybrzeże, przy którym znajdował się dom okazało się być rafą przybrzeżną, czyli skalistym wałem zbudowanym z wapiennych szkieletów koralowców, małży, ślimaków i szczątków ryb. No coś niesamowitego!

Z takich skamieniałych koralowców zbudowany był dom, w którym spędziliśmy ostatnie noce na wyspie.
A to wybrzeże powstałe z kamieni i skamieniałych fragmentów rafy koralowej, kryjące w sobie setki skarbów.

Wokół praktycznie nie było żywej duszy, jedynie fale odbijające się od skalistego wybrzeża zagłuszały panującą wokół ciszę. Wokół nie było sklepów, knajp, do najbliższej posiadłości trzeba było przejść spory kawałek drogi, a żeby dostać się do miasta trzeba było podejść około 15 minut do drogi, tam złapać route taxi w wersji motocyklowej, po około 10 minutach podróży przesiąść się na klasyczne taxi do miasta. Jakby coś to na motocykl zmieści się o wiele więcej osób niż mogłoby się Wam wydawać, a kierownica to też siedzisko 😉 I podobnie jak w przypadku każdego innego środka transportu nie obowiązują żadne przepisy drogowe, to cud, że w ogóle jeżdzą po tej samej stronie ulicy. W ten właśnie sposób kolejnym rankiem wybraliśmy do Negril. Pojechaliśmy tam w bardzo konkretnym celu: aby udać się na targ, kupić pamiątki i prezenty. Ponownie kosmos nad nami czuwał i tego dnia dość mocno zepsuła się pogoda, przez co na ulicach było pusto, a sprzedawcy o wiele chętniej obniżali ceny swoich produktów. A o tym, co sprzedawali można by napisać osobny artykuł – przepiękna, ręcznie robiona biżuteria, sukienki, drzeworyty, naczynia, muszle, inne ubrania – do wyboru do koloru. Jamajczycy wiedzą jak sprzedawać, trzeba być wyjątkowo asertywnym człowiekiem, aby nie dać się przekonać ich pięknym słowom i poruszającym historiom.

Jedzenie

Ponieważ wielkimi krokami zbliżamy się do końca opowieści, chciałam jeszcze wspomnieć o jednej z najważniejszych dla mnie rzeczy podczas wyjazdu – o lokalnym jedzeniu. Przez cały pobyt na Jamajce nie zdarzyło mi się zjeść nic, co by mi z jakiegoś powodu nie smakowało. Ackee, Callallo, wszelkie ryby, smażone plantany, Festivale, owoce morza, Jerk Chicken, Rice and Peas, ich piwa, rum – wszystko to było pysznie przyrządzone, lekkie i niesamowite w smaku.

Ackee można spotkać w bardzo wielu odmianach – w każdej smakuje wyśmienicie.

Chociaż jedzenie przyrządzane było ‘na ulicy’ to higiena i czystość były wręcz onieśmielające. Kupując Jerka podczas imprezy dostaje się płyn do dezynfekcji rąk, kucharz zawsze pyta czy smakowało, a gdyby pojawiły się jakiekolwiek zastrzeżenia to stanie na rzęsach, żebyście odeszli od niego zadowoleni. W ostatnim dniu przydarzyła nam się jeszcze jedna kulinarna przygoda. Nasz Gospodarz opanował do perfekcji sztukę przyrządzania tego, co dała mu Matka Natura, także nie szukając daleko uraczył nas owocami morza – małżami, ślimakopodobnymi stworzeniami, które smakowały jak meduza oraz krabami. I tu właśnie poznaliśmy różnicę pomiędzy kuchnią turystyczną, a tradycyjną. W knajpie przy Black River zamówiliśmy kraby i dostaliśmy mieszankę mięsno – warzywną, skrupulatnie posiekaną i umieszczoną w otwartej skorupie kraba. Tym razem dostaliśmy ugotowanego w całości kraba i kamień, z pomocą którego mieliśmy dostać się do środka. Smak tego drugiego był nieporównywalnie lepszy, a satysfakcja z tej formy spożywania pokarmu wręcz nie do opisania. Tu mała rada: uważajcie na flaki kraba, zjedzenie ich przypadkiem zapada w pamięć na dłuuugo. Ble. Nawet Fast Foody tam są inne. Przede wszystkim nie są fast, zdarzyło nam się na kanapkę czekać kilkanaście minut. Ponadto jest to chyba jedno z nielicznych miejsc na świecie, w których nie ma restauracji McDonald’s – jest jej odpowiednik – Mother’s, ale ich menu nie ma ze sobą za wiele wspólnego.

Kolejny dzień był czasem pożegnań, ostatniej wizyty na plaży, ostatniego kurczaka i kokosa oraz drogi na lotnisko w Montago Bay. Na lotnisku czekała na nas niespodzianka w postaci opóźnionego lotu, który ostatecznie – pomimo moich gorących modłów – nie został odwołany i nie udało nam się zostać na kilka dodatkowych dni:)

Podsumowanie

Cóż tu dużo mówić – Jamajka jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej wyjątkowych miejsc na Ziemi, warto się tam wybrać, polecam ten kierunek wszystkim z całego serca. Polecam również zwiedzanie wyspy na własną rękę, ponieważ jest to moja ulubiona forma podróżowania i nie wyobrażam sobie lepszej. Jednak jeśli wolicie dać odpocząć swojej głowie i pozwolić innym zadbać o Wasz urlop to koniecznie sprawdźcie najamajke.pl. Są to specjaliści w tej dziedzinie, Polacy mieszkający tam od lat, którzy w profesjonalny sposób zorganizują Wam wyjazd, dopasowując go do Waszych potrzeb. W internecie krąży wiele relacji z tego typu wyjazdów – poczytajcie, zakochajcie się w tej wyspie i planujcie urlop!

Niestety za mało skupiliśmy się na robieniu zdjęć, więc wielu opisanych rzeczy nie mogę pokazać. Jednak udało się nakręcić i zmontować krótki film z wyprawy, który możecie zobaczyć TUTAJ 🙂

Na koniec jeszcze chciałam podziękować wszystkim napotkanym podczas tej wyprawy Duszom: naszym Gospodarzom, którzy ugościli nas jak rodzinę, Przyjaciołom, dzięki którym odkryliśmy taką Jamajkę, o jakiej marzyłam, Ekipie NaJamajke.pl i innym przypadkowo napotkanym, niesamowitym Postaciom, które poznaliśmy podczas wyprawy oraz oczywiście Mateuszowi, który okazał się być wzorowym kompanem podróży 🙂

<3

1 thought on “Jamajka, czyli spełnienie marzeń. [by: Milena]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *